Strona:Juliusz Verne-Dom parowy T.2.djvu/015

Ta strona została przepisana.

Może posłyszawszy hałas około łapki, skrył się w najdalszy jej kąt, upatrując przyjaznej chwili, aby wyskoczyć nagle, obalić przeszkadzającego ucieczce i zniknąć w głębi lasu. Było to bardzo możliwe. Kapitan zbliżył się ku otworowi trzymając palec na kurku od karabina, chcąc zajrzeć do głębi wnętrza pułapki.
Tarcica była już zupełnie podniesiona do góry, światło szeroko wpadało do środka.
W tejże chwili dał się słyszeć lekki szelest, potem głuche chrapanie, a raczej nadzwyczaj silne ziewnięcie, które mi się jakoś wydało podejrzanem. Widocznie zwierz jakiś spał w pułapce i zbudziliśmy go nagle.
Kapitan Hod poszedł jeszcze kilka kroków ku otworowi, celując do czegoś ruszającego się w ciemności.
W tem dał się słyszeć ruch jakiś we wnętrzu pułapki; poczem rozległ się krzyk przerażenia i człowiek jakiś wyskoczył z niej, wołając po angielsku:
— Na miłość boską! nie strzelaj!
Niepomiernie zdziwieni, machinalnie puściliśmy sznur i zaraz tarcica opadła z głuchym łoskotem, zasłaniając znów wejście.
Człowiek, który ukazał się tak niespodzianie, zbliżył się do celującego do niego kapitana, mówiąc trochę poetycznym głosem:
— Chciej opuścić broń, bo widzisz przecie, że nie z tygrysem masz do czynienia.
Po chwili wachania kapitan nadał swemu karabinowi nie tak groźny kierunek.
— Z kimże mamy zaszczyt mówić? zapytał Banks podchodząc ku nieznajomemu.
— Nazywam się Mateusz Van Guit, zajmuję się ciągłem dostarczaniem dzikich zwierząt do menażeryi w Londynie i w Hamburgu.