Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/084

Ta strona została skorygowana.


to i tutaj mielibyśmy przejście wolne, jak miewają statki wielorybnicze; ale nam kazano wyraźnie, żebyśmy tu byli w kwietniu. Z tego widzę, że nasz kapitan wie dobrze co robi; wypłynął w porze wczesnej, żeby dotrzeć daleko. Kto dożyje, zobaczy.
Doktór nie mylił się przypuszczając, że temperatura się zniżyła; w południe, termometr Celsiusza pokazywał 14 stopni niżej zera. Wiatr wiał północno-zachodni i rozjaśniał atmosferę, ale i napędzał góry lodowe na drogę Forwarda. Nie wszystkie jednak szły w kierunku wiatru; były i takie, a to z większych, których podstawa zanurzona głęboko, ulegała parciu prądu podwodnego, i płynęły naprzeciw innym.
Łatwo sobie wyobrazić trudność żeglowania w takich okolicznościach; inżynierowie-mechanicy ani chwili wypoczynku nie mieli. Parą kierowano z pokładu za pomocą dźwigni, które ją puszczały, wstrzymywały lub odwracały natychmiast, podług wskazań oficera będącego na służbie. To trzeba było pośpieszać, aby skorzystać z roztwarcia się pola lodowego; to iść na wyścigi z górą, grożącą zamknięciem jedynego przejścia; to znów jaki olbrzymi odłam lodu nagle się wywracał i zmuszał okręt do szybkiego cofnięcia się, dla uniknięcia