Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/085

Ta strona została skorygowana.


zdruzgotania. Ogromne to nagromadzenie lodów popychających się wzajemnie, piętrzących się na sobie, ścierających się z sobą pod wpływem przeciwdziałających sobie sił wiatru i prądu, jeśliby jeszcze ujęte zostało mrozem w jedną całość, stawiłoby dla przejścia okrętu niezwyciężoną zaporę.
Niezliczona ilość ptastwa znajdowała się w tych okolicach; latając tłumami tu i owdzie mimo śnieżnej zawiei, ogłuszało ludzi swym wrzaskiem i ożywiało nieco krajobraz. Liczne kłody drzewa pływały w różnych stronach i uderzały o siebie z łoskotem; kilku potfiszów (gatunek wieloryba, ale mniejszy) o ogromnych, jakby nadętych głowach, zbliżyło się do okrętu; ale ani myśleć można było o zabraniu się do nich, choć oszczepnik Simpson wielką miał do tego ochotę. Widziano także pod wieczór pewną ilość fok, jak wystawiwszy nozdrza nad wodę, pływały między lodami.
Dnia 22-go temperatura jeszcze się zniżyła. Forward, żeby się prześliznąć przez przejścia, puszczał nieraz gwałtownie parę. Wiatr północno-zachodni ustalił się, żagle zwinięto. Dnia tego majtkowie mało byli czynni; a że to była niedziela, więc po odczytaniu modlitw przez Shandona, osada zajęła się polowaniem na nurki, których dużo nazbierano. Ptaki te urządzone podług metody