Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/099

Ta strona została skorygowana.


Cała załoga rozdzieliła się na dwie części; jedni pilnowali prawej, drudzy lewej strony okrętu. Zaopatrzeni w długie żerdzie ostre, zakończone żelazem, odpychali lody zagrażające statkowi. Forward wszedł wkrótce w przejście tak ciasne, że końce jego drągów masztowych, to jest reji, dotykały ścian lodowych twardych jak skała, Postępując coraz dalej, wszedł w krętą niby dolinę, zawiewaną kłębami śniegu, i w której lody pływające uderzając jedne o drugie pękały z złowróżbym trzeszczeniem.
Wkrótce pokazało się, że z tego wąwozn nie było wyjścia. Ogromna bryła lodu napływała szybko na okręt; uniknąć jej, zdawało się niepodobieństwem, a niepodobna było też wrócić, bo przejście zostało zapchane.
Shandon i Johnson stali na przodzie okrętu, rozpatrując się w położeniu. Shandon prawą ręką wskazywał sternikowi kierunek, w którym ma okręt prowadzić, a lewą przesyłał Wallowi stojącemu obok mechanika, rozkazy odnoszące się do działania machiny.
— Jak się to skończy? pytał doktór Johnsona.
— Jak się panu Bogu spodoba, odparł tenże.