Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/100

Ta strona została skorygowana.


Bryła na ośmset stóp wysoka, już tylko o sto dwadzieścia sążni była od brygu i zagrażała mu zgnieceniem.
— Przekleństwo! krzyknął Pen ze strasznem złorzeczeniem.
— Milczeć! zawołał głos jakiś, którego nie można było rozpoznać wśród huraganu.
Bryła zdawała się chcieć rzucić na okręt; nieopisana śmiertelna trwoga ogarnęła ludzi, którzy porzuciwszy drągi, cofnęli się na tył okrętu, wbrew rozkazom Shandona, Nagle dał się słyszeć trzask przeraźliwy; na bryg podniesiony przez ogromną falę, spadła trąba wodna. Krzyk przerażenia ozwał się wśród osady; sam tylko Garry pilnie stał u rudla i utrzymał statek wstrząśnięty niezmiernym wód nawałem, na właściwej drodze.
I oto, gdy przerażone spojrzenia zwróciły się ku górze lodowej, już jej nie dostrzeżono; przejście było wolne w kanale, a bryg przy świetle ukośnych promieni słońca posuwał się dalej.
— Czy pan wytłomaczysz to co się tu stało? pytał Johnson doktora.
— Stała się rzecz bardzo naturalna, odparł doktór, i często się to zdarza. Massy pływające pojedyńczo, utrzymują się każda dla siebie w doskonałej równowadze przez czas niejaki; ale posuwa-