Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/115

Ta strona została skorygowana.


Łódź wróciła wieczorem do okrętu i podróżni na niej. Przełożony nad kuchnią, Strong, przywiózł kilkanaście tuzinów jaj kaczek edredońskich, zielonawych z wierzchu, a dwa razy większych od jaj kurzych. Na całą osadę okrętu, mało było tego specyału; zawsze jednak znaczył on cóś dla tych, co się głównie solonem mięsem żywili.
Mimo przyjaznego nazajutrz wiatru, Shandon nie puszczał się w drogę; chciał czekać jeszcze jejeden dzień, aby dać czas jakiejkolwiek ludzkiej istocie dostania się do statku, jeśliby sobie tego życzyła. Kazał nawet co godzinę strzelać z działa 16-funtowego, którego odgłos jak huk piorunu rozlegał się po górach lodowych; ale to straszyło tyłko ptastwo północno-morskie i kuropatwy gnieżdżące się w tamecznych nadbrzeżnych skałach.
Nocą puszczano race. Wszystko to czyniono nadaremnie, trzeba było zdecydować się na odjazd.
O szóstej rano dnia 8-go maja, Forward płynął już pod żaglami, i wkrótce stracono z oczu Uppernawik wraz z długiemi żerdziami utkwionemi po brzegach, z porozwieszanemi na nich wnętrznościami fok i worami ze skóry jeleniej. Wiatr był południowo-wschodni, a termometr wskazywał zero. Słońce przebijało się przez mgłę i lody pod jego działaniem rozstępywały się nieco. Ale od-