Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/128

Ta strona została skorygowana.


zanemi, zeszli go śpiącego i biedne psisko nie mogło się im wymknąć.
— Wiwat Pen! zawołał Plover.
— A cóż teraz z nim zrobisz? zapytał Clifton.
— Utopię go, odrzekł Pen z okropnym śmiechem zadowolnienia — zobaczymy czy powróci.
O paręset kroków od okrętu był otwór okrągławy, wyżłobiony zębami foki z wewnątrz na zewnątrz i utrzymywany ciągle przez to zwierzę w takim stanie, żeby mogło nim wyjść na powierzchnię lodu, dla oddychania. Czuwa ono nad tem, żeby podczas pobytu jego na lodzie otwór nie zamarzł; szczęka bowiem jego tak jest zbudowana, że z wierzchu gryźć nie może — zatem w chwili niebezpieczeństwa nie miałoby którędy uciekać.
Do tegoto otworu podążyli Pen i Waren, i wrzucili weń psa, mimo energicznego z jego strony oporu; potem zawalili otwór wielką taflą lodu, przez co zamurowali niejako psa w płynnem jego więzieniu.
— Szczęśliwej podróży kapitanie! zawołał brutalski majtek.
W parę chwil potem byli już na okręcie, na który gęsta mgła zapadła. Johnson nie mógł widzieć tej operacyi, tem mniej że i śnieg zaczął sypać.