Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/138

Ta strona została skorygowana.


Doktór patrzył ze skrzyżowanemi na piersiach rękami, nie mówiąc ni słowa; rozglądał się w tej ścianie lodowej, której średnia wysokość mogła trzysta stóp przenosić. Mgła jak sklepienie, wisiała nad tą przepaścią.
W tejto chwili, Bolton przemówił do dowódzcy.
— Komendancie, rzekł głosem wzruszonym, nie możemy iść dalej.
— Co mówisz? odparł Shandon, zaczerwieniony z gniewu na to uwłaczanie jego stanowisku.
— Mówimy komendancie, żeśmy już dość zrobili dla tego niewidzialnego kapitana, i postanowiliśmy nie puszczać się dalej.
— Postanowiliście?... krzyknął Shandon; to ty tak przemawiasz, Boltonie! strzeż się!
— Daremne są pańskie groźby, wtrącił brutalsko Pen; nie pójdziemy dalej.
Shandon posunął się ku zbuntowanym majtkom, gdy Johnson szepnął mu pocichu:
— Komendancie, jeśli chcemy wydostać się ztąd, to nie traćmy ani minuty Tam oto płynie góra lodowa w nasze przejście, zawali nam drogę i zamknie tutaj.
Shandon rozpatrzył się w położeniu.