Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/141

Ta strona została skorygowana.


— Mospanie! krzyknął Shandon blednąc, Garry!... ty... jakiem prawem wydajesz tu rozkazy?...
— Duk! zawołał Garry, dając słyszeć to gwizdnięcie, które tak dziwiło osadę.
Pies wezwany właściwem sobie mianem, skokiem jednym dostał się do tego który go wzywał, i legł spokojnie u nóg jego.
Nikt z osady nie wymówił ani słowa. Sam tylko kapitan Forwarda mógł mieć klucz od owej kajuty; on to przysłał owego psa, który teraz stwierdzał niejako jego tożsamość; nie można było nie zrozumieć, że kto tak przemawia ma władzę. Wszystko to zaimponowało majtkom i utwierdziło powagę stanowiska, które Garry tak niespodziewanie zajął.
Zresztą wyglądał on teraz zupełnie inaczej. Znikły szerokie faworyty w które dotąd twarz jego była oprawiona jak w ramy, a jego oblicze zdawało się teraz zimniejsze jeszcze niż bywało, energiczniejsze, więcej rozkazujące. Przywdziawszy odzienie właściwe swej randze, ukazał się ze wszelkiemi oznakami swej władzy.
To też, ze zmiennością właściwą ludziom, załoga Forwarda porwana bezwiednym zapałem, zawołała jednogłośnie: