Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/185

Ta strona została skorygowana.


szono parę w kotłach, a Forward posuwał się zwolna, jak można było najbliżej brzegów. Najeżone one były lodami, które nie topniały nawet podczas najcieplejszego lata; wprawnego potrzeba było oka, aby dopatrzeć wpośród nich przejście.
Hatteras porównywał swe mappy z tem co widział na ziemi. Słońce pokazało się na czas pewien około południa; mógł więc Shandon z pomocą Walla obliczyć położenie mniej więcej dokładnie, a wypadek tego obliczenia podano głośno Hatterasowi. Połowa dnia upłynęła w oczekiwaniu pełnem obawy, aż nakoniec około godziny drugiej po południu zabrzmiały z wierzchołka masztu te wyrazy:
— Zwrócić na zachód i wzmocnić parę.
Bryg zwrócił się natychmiast i rzucił się z całą szybkością, między dwa pokruszone pola lodowe
Znalazłszy drogę, Hatteras zszedł z masztu na kapitański pomost a majtek zastąpił go w czuwaniu dalszem.
— Tak więc kapitanie, rzekł doktór, dostaliśmy się nareszcie do tej sławnej ciaśniny.
— Tak jest, odparł Hatteras, zniżonym głosem; ale to nie dosyć dostać się do niej, trzeba z niej wyjść jeszcze.