Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/279

Ta strona została skorygowana.


— To prawda, powiedział Johnson, zabezpieczymy się i przeciw mrozom, i przeciw dzikim zwierzętom, którym może przyjść ochota odwiedzania nas. Zobaczysz panie Clawbonny, że robota nasza wspaniale po ukończeniu będzie wyglądać; w tej massie śniegu wyrobią się jeszcze i schody, jedne na przód, drugie na tył okrętu prowadzące. Wyżłobiwszy schody, oblejemy je wodą, która pod wpływem mrozu w lód się zamieni, stwardnieje jak skała i utworzy pyszną komunikacyę.
— Wybornie, odparł doktór; jakie to szczęście że mróz tworzy śnieg i lód, które mogą od niego osłaniać. Gdyby nie to, byłoby się nieraz w kłopocie.
W rzeczy samej postanowiono, aby statek znikł pod grubą warstwą lodu mającą ochraniać jego temperaturę wewnętrzną. Przez całą tedy długość pomostu wniesiono nad nim przykrycie z grubego płótna napojonego smołą i przykrytego warstwą śniegu; płótno zwieszało się na boki okrętu i takowe przykrywało; pomost został pokryty śniegiem, na półtrzeciej stopy grubo; śnieg udeptano i ubito, więc stwardniał; a gdy nań posypano jeszcze warstwę piasku, utworzył się rodzaj jakby drogi bitej bardzo trwałej. Zyskano wybornie osłonięte miejsce do przechadzki.