Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/302

Ta strona została skorygowana.


wnętrznych? Osada z niemałem zadziwieniem widziała go, jak znosił cierpliwie mróz trzydziestostopniowy, schodził z pomostu na kilka godzin, a gdy wracał, nie było po nim widać wpływu mrozu na niego.
— Dziwny to człowiek, mówił doktór do Johnsona; pojąć go nie umiem. Jakby nosił w sobie piec gorejący; jestto jedna z najpotężniejszych natur, jakie w życiu mojem studyowałem.
— I co dziwniejsza, odpowiedział Johnson, że na takie zimno nie chodzi ubrany cieplej jak w czerwcu.
— To rzecz najmniejsza, powiedział doktór, bo i na cóż przyda się ciepłe odzienie temu, kto nie ma ciepła w sobie samym. Byłobyto to samo, co chcieć ogrzać kawał lodu, przez obwinięcie go w szmatę wełnianą. Hatteras tego nie potrzebuje; człowiek ten inaczej jest zbudowanym i nie dziwiłbym się wcale, gdyby przy nim było tak ciepło, jak przy węglu rozżarzonym.
Johnson rewidując co rano otwór w lodzie, spostrzegł, że grubość jego przeszła już stóp dziesięć.
Prawie co noc doktór mógł obserwować wspaniałe zorze północne; od godziny czwartej do ósmej w wieczór, niebo lekko zabarwiało się od stro-