Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/314

Ta strona została skorygowana.


— Mamy znaczny zapas spirytusu, mówił Hatteras, spalcie go do ostatniej kropli.
— Niechże będzie i spirytus, rzekł Johnson z udanem zadowoleniem, którego nie miał w głębi duszy.
Kładziono więc w piec grube knoty zmoczone w spirytusie; blady płomień lizał ściany pieca, i podniósł nieco temperaturę sali.
W ciągu dni następnych, wiatr zwrócił się na południe; termometr poszedł w górę; powietrze ocieplone trochę, zaległy gęste tumany śniegu. W godzinach pogodniejszych niektórzy ludzie wychodzili z okrętu; większą ich część zatrzymywał na pokładzie szkorbut i oftalmija — zresztą ani o polowaniu, ani o rybołóstwie mowy być nie mogło.
Krótka ta przerwa w strasznych mrozach niedługo trwała; d. 25-go wiatr nagle się zmienił, a merkuryusz zamarzł na nowo; musiano się wtedy uciec do termometru spirytusowego, którego nie zamraża i największe zimno.
Doktór z przerażeniem dostrzegł na nim, że mróz doszedł do pięćdziesięciu dwóch stopni poniżej zera. Może nigdy jeszcze ludzie nie byli narażeni na takie straszliwe zimno. Lód pokrył podłogę śliską powłoką, gęsta mgła zaległa salę, wilgoć spadała w postaci śniegu; trudno było ro-