Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/316

Ta strona została skorygowana.


— Nigdy mówił kapitan z coraz większą siłą, nie! nigdy na to nie zezwolę. Jeśli chcą, niech mi wymówią posłuszeństwo.
W taki sposób dał ludziom swoim swobodę działania. Johnson i Bell rzucili się na pomost. Hatteras słyszał jak drzewo jego brygu trzeszczało pod uderzeniami siekiery. Płakał.
Było to właśnie w dzień Bożego Narodzenia, który jest w Anglii świętem rodzinnem, wieczorem zebrań i wesołych zabaw dla dzieci. Z jakąż goryczą cisnął się do wspomnienia, obraz dzieci otaczających zielone drzewka. Któż sobie nie przypomniał tych długich kawałków wołowiny pieczonej, dostarczonej przez zwierzęta umyślnie na ten dzień tuczone; tych tortów, ciastek i wszelkich przypraw, nagromadzonych tego uroczystego dnia dla wszystkich Anglików? A tutaj boleść, rozpacz, ostatnia nędza; zamiast choinki, kawałki drzewa odrąbane z okrętu zapędzonego w najodleglejsze krańce strefy lodowatej!
Tymczasem pod wpływem ożywczego ognia, umysły majtków odzyskały siłę i rzeźwość; gorąca herbata i kawa zrobiły resztę; nadzieja, tak łatwy znajdująca przystęp do duszy człowieka, ożywiła nieszczęsną gromadkę. W takich to okolicznościach zakończył się ów zgubny rok 1860,