Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/325

Ta strona została skorygowana.


też on był najpierw wybranym, a osada nic przeciwko temu mieć nie mogła.
Johnson gorąco pragnął towarzyszyć kapitanowi w tej niebezpiecznej podróży, lecz ten wziąwszy go na stronę, rzekł mu głosem serdecznym, prawie wzruszonym:
— Johnsonie! w tobie tylko ufność mą pokładam, tobie też tylko jednemu okręt mój powierzyć mogę. Będę spokojnym, skoro ty czuwać będziesz nad Shandonem i innymi. Zima ich tu przykuła do miejsca, lecz któż odgadnąć może do jak niegodnych przedsięwzięć złośliwość może ich doprowadzić. Zostawię ci dokładne i wyraźne instrukcye, oddające w razie potrzeby, dowództwo w twe ręce. Zastąpisz mnie w zupełności. Nieobecność nasza trwać może najwyżej cztery do pięciu tygogodni, a będę spokojniejszy, powtarzam, skoro ty tu zostaniesz. Brak drzewa Johnsonie, wiem o tem! lecz ile możesz oszczędzaj mój biedny okręt. Rozumiesz mnie przyjacielu?
— Rozumiem kapitanie, odrzekł stary marynarz i pozostanę, skoro ci się tak podoba.
— Dziękuję! rzekł Hatteras, z uczuciem ściskając rękę retmana i zaraz dodał:
— Gdybyś widział że nie wracamy Johnsonie! poczekaj na puszczenie lodów, a staraj się posu-