Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/338

Ta strona została skorygowana.


— Hop! Simpson!
— Tędy Bell!
— Panie Clawbonny!
— Doktorze!
— Gdzie jesteś kapitanie?
Czterej towarzysze szukali się nawzajem, wyciągając ręce przed sobą, wśród gęstej mgły nie dozwalającej rozróżniać przedmiotów. Lecz najwięcej każdego niepokoiło to, że żadnej nie otrzymywał na swój odzew odpowiedzi, jak gdyby głos nie był zdolnym przedrzeć się przez ten jak go zwano, dym zmrożony.
Każdemu przyszło wtedy na myśl wystrzelić, żeby dać znać o sobie — ale o ile głos ludzki zdawał się w tej atmosferze zasłaby, o tyle znowu wystrzały okazały się za mocne; pochwyciły je echa, roznosiły je we wszystkich kierunkach, tak że nie można było wiedzieć gdzie był początek odgłosu.
Każdy wtedy działał według własnego instynktu. Hatteras założywszy ręce na piersiach czekał spokojnie. Simpson, nie bez wielkiego trudu zatrzymał sanie. Bell chciał wracać po własnych śladach, których rękami szukał w śniegu. Doktór chodził w prawo i w lewo, potykając się często o bryły lodu i błądząc tym sposobem coraz więcej.