Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/347

Ta strona została skorygowana.


Już tylko o sto mil wyprawa oddaloną była od przylądka Belcher, lecz na tym lądzie zasianym ostremi skałami. gdzie na każdym prawie kroku napotykały się niebezpieczne spadki, rozpadliny, przepaści, trudy podróżnych musiały się powiększać. Mnożyło je jeszcze przy posuwaniu się w ląd, wdrapywanie się na wyniosła wybrzeże, przebywanie śniegów nagromadzonych niekiedy do wysokości trzydziestu lub czterdziestu stóp, w ciasnych zaklęsłościach między wzgórzami.
Niezadługo podróżni poczęli żałować gładkiej jednostajnej powierzchni lodowej, po której sanie ślizgały się z łatwością; tu przeciwnie, ciągnąć je trzeba było z wielkim trudem, bo psy same już wydołać nie mogły swemi siłami wyczerpanemi i ludzie musieli im koniecznie pomagać. Niekiedy dla przebycia znaczniejszej jakiej wyniosłości, potrzeba było zdejmować cały ładunek, a i tak jeszcze robota przeciągała się całemi godzinami, tak że w ciągu pierwszego dnia podróży na lądzie zrobiono zaledwie pięć mil, na tej ziemi, dobrze zaiste nazwanej „rogatą.“ Pełno było na niej nierówności, sterczących głazów, ostrych grzebieni gór, skał połamanych, zupełnie tak samo, jak na południowo-zachodniej kończynie Anglii.