Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/373

Ta strona została skorygowana.


O pięćset kroków dalej, człowiek jakiś rozpaczliwie wznosił ręce ku niebu, nie mogąc żadnego nieść ratunku okrętowi objętemu niszczącym żywiołem.
Człowiek ten stał sam jeden tylko, a był nim stary Johnson.
Hatteras podbiegł ku niemu.
— Okręt mój! okręt! wołał głosem zmienionym.
— To ty kapitanie! odpowiedział Johnson, ty! zatrzymaj się! ani kroku dalej.
— Więc co? pytał Hatteras z okrutną groźbą w głosie.
— Zbrodniarze, rzekł Johnson, przed dwoma dniami uszli ztąd podpaliwszy najprzód okręt.
— Przekleństwo! krzyknął Hatteras.
W tej chwili słyszeć się dał straszny wybuch; ogień doszedł do składów prochu i wysadził wszystko w powietrze z hukiem, od którego ziemia zadrżała naokoło i góry lodu rozsypały się na drobne części.
Doktór i Bell przybyli właśnie do Hatterasa, pogrążonego w rozpaczy. Nagle zerwał się i rzekł głosem silnym:
— Przyjaciele! podli nikczemnicy uciekli! dzielni dokonają wielkiego przedsięwzięcia. Johnson i Bell są mężni, ty doktorze masz naukę, ja posia-