Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/008

Ta strona została skorygowana.


— Umarł! odrzekł doktór.
— Biedaczysko! mówił Johnson, lecz kto wie, czy my sami wkrótce nie pozazdrościm mu jego losu.
— Lecz za zmarłego któregośmy tam zostawili, mówił dalej doktór, przywieźliśmy umierającego.
— Umierającego?
— Tak jest, kapitana Altamonta.
W kilku wyrazach doktór opowiedział Johnsonowi historyę tego spotkania.
— Amerykanin! rzekł Johnson zamyślony.
— Tak jest, wszystko każe się domyślać, że ten człowiek jest obywatelem Stanów Zjednoczonych. Lecz co to za okręt ten Porpoise, widocznie uległy rozbiciu, i co on porabiał w tych stronach?
— Przybył tu na swą zgubę, odpowiedział Johnson, wiódł swą osadę na śmierć, tak jak wszyscy, których zuchwała odwaga prowadzi w kraje podbiegunowe. Ale powiedz mi panie Clawbonny czyście przynajmniej osiągnęli cel waszej wyprawy?
— To jest, czyśmy znaleźli te pokłady węgla? pytał doktór.
— Tak!
Doktór smutnie pokiwał głową.
— Nic! zawołał stary marynarz.