Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/010

Ta strona została skorygowana.


Hatteras stał milczący, nieporuszony, z rękami według zwyczaju na piersi skrzyżowanemi. Na twarzy jego malowała się zwykła stałość. O czem myślał ten człowiek niezwyczajny? Czy go zajmowała okropność obecnego położenia, czy też myśl o zamiarach w niwecz obróconych? Czy nareszcie nakłaniał się do powrotu, widząc że ludzie, żywioły, wszystko spiskuje przeciw jego zamiarom?
Nikt nie mógł odgadnąć jego myśli, niczem się nie zdradzających. Wierny Duk pilnował go nieodstępnie, znosząc przy nim mróz, dochodzący do trzydziestu sześciu stopni.
Bell leżał na lodzie, nie poruszając się prawie, a nieruchomość ta mogła go o śmierć przyprawić; mógł zmarznąć jak kawał drewna.
Johnson wstrząsnął nim silnie, począł wycierać go śniegiem i z wielką zaledwie trudnością zdołał wyprowadzić ze stanu odrętwienia.
— No Bell, wołał na niego, nie trać odwagi; wstań i pomów z nami o naszem położeniu; pomyśleć trzeba o jakiem schronieniu! Czyś już zapomniał jak się to robią domki śniegowe? Chodź chłopcze, dopomóż mi; oto mamy gotową górę lodową, która czeka tylko aby w niej otwór wydrążyć. Weźmy się do pracy! ona powróci nam od-