Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/040

Ta strona została skorygowana.


Około siódmej godziny wieczorem, księżyc z pośród zamglonego horyzontu wychylił swe czerwonawe oblicze. Łagodne jego promienie przenikając przez atmosferę, rzucały blask, odbijający się w lodach czysto i jasno; w stronie północno-zachodniej, lodowe pole przedstawiało niezmierzoną, doskonale poziomą białą płaszczyznę. Żadnej nigdzie wyniosłości; zdawało się, że ta część morza zamarzła nagle, jak powierzchnia cichego jeziora.
Była to rozległa pustynia, równa i jednostajna.
Wrażenie jakie widok ten sprawił na umyśle doktora, objawił on swym towarzyszom.
— Masz słuszność panie Clawbonny, powiedział na to Johnson; jestto pustynia, lecz nie możemy się obawiać, że pomrzemy w niej z pragnienia.
— Korzyść widoczna, odrzekł doktór; jednakże ten ogrom rozległy każe mi wnioskować, że jesteśmy bardzo oddaleni od lądu; blizkość brzegów oznacza zwykle mnóstwo gór lodowych, których tu ani widać.
— Bo horyzont bardzo jest zachmurzony, odpopowiedział Johnson.
— Zapewne, ale od samego początku naszej podróży, stąpamy wciąż po tak równej i gładkiej przestrzeni, zdającej się nie mieć końca.