Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/041

Ta strona została skorygowana.


— Wiesz panie Clawbonny, że niebezpieczną odbywamy przechadzkę. Można się wprawdzie do niej przyzwyczaić, można przestać myśleć o niebezpieczeństwie, ale niemniej gładka powierzchnia po której stąpamy, kryje pod sobą przepaści bezdenne.
— Tak jest mój przyjacielu, ależ nie mamy się czego obawiać pod tym względem; przy mrozie trzydziesto-siedmio stopniowym, grubość i twardość tej białej skorupy jest bardzo wielka. Pamiętaj też, że ona coraz jeszcze więcej grubieje, bo pod tą szerokością, na dziesięć dni, przez dziewięć śnieg pada — nawet w kwietniu, nawet w maju, nawet w czerwcu. Sądzę, że największa grubość tej skorupy dochodzi do stóp trzydziestu lub czterdziestu.
— Uspakajająca to pewność.
— Nie jesteśmy jak ci łyżwiarze na Serpentine-river (rzeka w Hyde-park, w Londynie), którzy co chwila drżą z obawy, aby się pod niemi nie załamała wątła powłoka lodu; nam bynajmniej nie grozi takie niebezpieczeństwo.
— A czy obliczono jaką lód posiada siłę oporu? zapytał stary marynarz, chcący się zawsze czegoś dowiedzieć.