Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/050

Ta strona została skorygowana.


danym, przyrzekam sprawić się jak będę mógł najlepiej. Tymczasem kochani przyjaciele poprzestańmy na skromnej i szczupłej wieczerzy, potem starajmy się usnąć, aby jutro raniuteńko w dalszą wyruszyć drogę.
W kilka minut potem, czterej podróżni nasi zasypiali snem głębokim, bo utrudzenie fizyczne przemogło wszelkie inne względy.
W sobotę wcześnie Johnson zbudził swych towarzyszy; zaprzężono psy, i sanie ruszyły dalej ku północy.
Pogoda była prześliczna, atmosfera nadzwyczajnie czysta, mróz ogromny; gdy słońce wzniosło się nad horyzont, miało kształt elipsy przedłużonej; pozioma jego średnica, w skutek złudzenia optycznego wydawała się dwa razy większa od średnicy prostopadłej; na płaszczyznę lodową rzucało ono promienie jasne, lecz niegrzejące. To światło od tak dawna niewidziane, chociaż nie dawało ciepła, rozweselało jednak umysły.
Doktór bez obawy oddalił się ze strzelbą w ręku na milę przeszło; ale nim się oddalił, obliczył amunicyę. Miał wszystkiego trzy kule i cztery naboje prochu; cóż to znaczyło na niedźwiedzia podbiegunowego, zwierzę silne i wytrzymałe, któ-