Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/053

Ta strona została skorygowana.


Zbliżywszy się na stosowną odległość, zmierzył do niego, lecz w chwili pociągnięcia za cyngiel, uczuł nagle że mu ręka zadrżała; przeszkadzały mu wielkie rękawice skórzane; zdjął je co prędzej, odrzucił na stronę i pochwycił strzelbę pewniejszą już dłonią.
Nagle z piersi jego wydobył się krzyk boleści; za dotknięciem żelaza skóra jego palców przylgnęła do lufy, a strzelba tymczasem wypadła z rąk jego na ziemię, i wypaliła. Stracono ostatnią kulę.
Usłyszawszy strzał, doktór wybiegł w tę stronę i odrazu odgadł co zaszło; niedźwiedź uciekał spokojnie, a Johnson rozpaczał, zapomniawszy nawet o swym bólu.
— Prawdziwa ze mnie baba, zawołał, dzieciak, nie mogący znieść bólu. Ja! ja! taki stary!
— Ale chodźże, rzekł Clawbonny, powróć do namiotu, bo zmarzniesz; patrz oto, ręce masz zupełnie białe, chodź, chodź!
— Nie wart jestem twej troskliwości, panie Clawbonny... zostaw mnie tu.
— Ależ chodź uparty dziadzie, chodź! bo wkrótce będzie już zapóźno.
I wciągnąwszy do namiotu Johnsona, kazał mu włożyć ręce w wodę, utrzymywaną w stanie płyn-