Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/054

Ta strona została skorygowana.


nym przez ciepło pieca; ale zaledwie Johnson zanurzył w nią swe ręce, woda się ścięła natychmiast.
— Widzisz, rzekł doktór, że nie mogłeś dłużej pozostać na mrozie, albobym musiał odjąć ci ręce.
W godzinę, minęło wszelkie niebezpieczeństwo dla Johnsona, dzięki staraniom doktora, ale nie przyszło to łatwo; trzeba było nacierać mu wciąż ręce, dla rozbudzenia obiegu krwi w palcach starego żeglarza. Doktór zalecił mu aby się nie zbliżał do pieca, którego ciepło, miałoby szkodliwe dlań następstwa.
Dnia tego musiano się obejść bez śniadania; nie było już pemmikanu ani mięsa solonego, nie było ani jednej okruszyny suchara. Pozostało tylko około pół funta kawy i trzeba było poprzestać na gorącym z niej napoju. Ruszono w drogę.
— Brak nam wszystkiego, mówił Bell do Johnsona, tonem niewypowiedzianej rozpaczy.
— Ufajmy w Bogu, odrzekł stary żeglarz; on jest wszechmocny i może nas ocalić.
— Ah! ten kapitan Hatteras! ciągnął Bell dalej, z dawniejszych swych wypraw zdołał powrócić, ale z tej już nie wróci, i my nie ujrzymy już naszej ojczyzny!