Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/060

Ta strona została skorygowana.


oliwy wyciśniętej ze słodkich migdałów, roztrzaskał gruba belkę, a kula odskoczyła i odpadła na ziemię nierozpryśnięta.
— To trudne do uwierzenia.
— A jednakże jest prawdziwe. Otóż ten kawałek metalu może nam wszystkim ocalić życie; zostawmy go jeszcze na powietrzu przed użyciem, a tymczasem zobaczmy czy nas niedźwiedź nie opuścił.
W tej chwili Hatteras wyszedł z domku; doktór pokazał mu bryłkę merkuryuszu i uwiadomił w kilku wyrazach o swym zamiarze; kapitan uścisnął mu rękę w milczeniu, i trzej myśliwi zaczęli się rozpatrywać naokoło.
Pogoda była jasna; Hatteras wyprzedziwszy nieco swych towarzyszy, spostrzegł niedźwiedzia siedzącego na tylnych łapach, kołyszącego się na nich i wietrzącego z odległości około sześciuset sążni, gości niezwykłych w tamtych stronach.
— Jest! wołał kapitan.
— Milczenie, rzekł doktór.
Spostrzegłszy myśliwych, ogromny zwierz nie ruszył się wcale; patrzył na nich spokojnie bez gniewu i trwogi. Pomimo to nie łatwo się było zbliżyć do niego.