Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/065

Ta strona została skorygowana.


paru miesięcy może, a tu oto nastręczała się mu zdobycz!
Foka zbliżyła się na odległość dziesięciu kroków do swego nieprzyjaciela, który podniósł się nagle i jednym olbrzymim susem poskoczył naprzód i przerażony stanął, bo Hatteras zrzuciwszy z siebie skórę foki, przykląkł i mierzył doń w samo serce.
Strzał rozległ się, a niedźwiedź runął na lód.
— Naprzód! naprzód! wołał Clawbony, i co tchu wraz z Johnsonem, biegł na miejsce walki.
Niedźwiedź powstał i wyprostował się, jedną łapą machał w powietrzu, a drugą chwytał śnieg i zapychał nim swą ranę.
Hatteras ani się ruszył z miejsca, czekając z nożem w ręku na nieprzyjaciela; lecz widać wymierzył dobrze i strzelił ręką pewną, bo zanim przybyli jego towarzysze, Hatteras już zatopił swój długi nóż w gardle zwierza, który legł u stóp jego bez życia.
— Wiwat! zwycięztwo! krzyczał Johnson uradowany.
— Hura! Hatteras! hura! wołał doktór.
Hatteras stał spokojnie, ze skrzyżowanemi na piersiach rękami, patrząc na ogromne cielsko.