Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/071

Ta strona została skorygowana.

Doktór wszedł do domku, a w kilka minut potem huczało w piecu i wkrótce miły zapach pieczeni wyrwał Bella z jego odrętwienia.
Łatwo odgadnąć, jak uroczystą być musiała ta uczta; jednakże doktór mocno zalecał wstrzemięźliwość swym towarzyszom, sam przykład z siebie dając najpierwszy.
— Dziś mamy dzień bardzo szczęśliwy, mówił on jedząc, nasz zapas żywności zapewniony jest aż do samego kresu podróży; pomimo to nie zasypiajmy w Kapui rozkoszach i puśćmy się zaraz w dalszą podróż.
— Nie powinniśmy być już dalej od okrętu Porpoise jak o czterdzieści ośm godzin drogi, rzekł Altamont, coraz lepiej głosem władający.
— Spodziewam się, rzekł doktór z uśmiechem, że tam znajdziemy jakie krzesiwo; bo soczewka z lodu chociaż jest dobra, nie zawsze jednak może być użyteczną, gdyż w okolicach podbiegunowych nie zawsze znajdą się promienie słoneczne, przynajmniej na odległości czterech stopni od bieguna.
— Rzeczywiście, odpowiedział Altamont z westchnieniem, mój statek doszedł tam, gdzie żaden przed nim okręt dopłynąć nie zdołał.
— W drogę! zakomenderował Hatteras sucho.