Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/084

Ta strona została skorygowana.


jący część zatoki, kończył się w morzu. Mała wysepka sterczała na polu lodowem, w odległości trzech mil od brzegu — i gdyby nie trudny przystęp do przystani, bardzoby ubezpieczała schronienie dla statków. Był nawet na pozębionym brzegu maleńki port, co niemałą miało wartość, jeśli prawdziwemi były opisy Belchera i Penny, że w ciągu letnich miesięcy morze to oczyszczało się z lodów.
Doktór zwrócił uwagę na pewną okrągłą płaszczyznę, której średnica mogła mieć około stu łokci; z trzech stron wznosiła się ona ponad zatoką, a z czwartej zamknięta była ostro sterczącą ścianą, wysoką na dwadzieścia sążni, na której szczyt można było wejść tylko po schodach przez samą naturę utworzonych. Miejsce to jednozgodnie uznano za nawłaściwsze do budowania się i natychmiast przystąpiono do roboty.
Po trzech dniach mozolnej pracy nad rozrąbywaniem lodów, ukazał się nareszcie grunt uformowany z bardzo twardego granitu drobnoziarnistego, którego kanty były jak szkło ostre, a oprócz tego zawierał on w sobie dość znaczną ilość granatów i wielkich kryształów feldspatowych.
Wtedy doktór podał plan i rozmiary zamierzonego budynku (dom śniegowy), który miał być