Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/098

Ta strona została skorygowana.


konamy się, że ono tworzy tylko oddzielną jakąś zatokę, lub ciaśninę, wtedy zobaczymy co zrobić wypadnie.
— Niechże i tak będzie, rzekł Hatteras.
— Otóż to tak lubię! zawołał doktór, żałujący niemal, że potrącił o przedmiot brzemienny współzawodnictwem narodowości.
— Przejdźmyż więc do lądu, po którym obecnie stąpamy, rzekł Hatteras, bo ten zapewne nie został jeszcze nazwanym, na kartach nawet najświeższych.
To mówiąc utopił wzrok w Altamonta, który nie zmięszany bynajmniej odpowiedział:
— Kto wie panie Hatteras! i w tym punkcie jeszcze mylić się możesz.
— Jakto! mylić się mogę? więc ta ziemia nieznana, ten grunt nowy...
— Ma już swoje nazwisko, spokojnie odrzekł Amerykanin.
Hatteras zamilkł; wargi mu drżały.
— Jakież to jest to nazwisko? zapytał doktór, trochę zdziwiony twierdzeniem Amerykanina.
— Zwyczajem jest, odrzekł Altamont, a nawet obowiązkiem dobrego żeglarza, nazywać każdy ląd do którego on pierwszy przybije. Sądzę, że