Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/105

Ta strona została skorygowana.


białym całunem, i odróżnić ich od siebie nie można było.
Widząc że punkt wyniosły, na którym się obecnie znajdował, panował nad całą obszerną okolicą, doktór powziął myśl której nikt ze znających go nie byłby się dziwił. Myśl tę rozważał, obrabiał i zupełnie ją opanował, gdy wracając do domku lodowego, postanowił udzielić ją swym towarzyszom.
— Przyszło mi do głowy, rzekł, aby na szczycie wierzchołka góry wznoszącej się nad płaszczyzną, wystawić latarnię morską.
— Latarnię? a to na co?
— Tak, latarnię, z której podwójny osiągniemy pożytek: raz, że będzie ona przewodnikiem naszym w powrocie ze wszystkich wycieczek, a powtóre, że oświecać nam będzie płaszczyznę przez ciąg długich ośmiu miesięcy zimowych.
— Zapewne, rzekł Altamont, przyrząd taki mógłby być bardzo pożyteczny, ale z czegóż go zrobić?
— Z czego zrobić? z jednej z latarń okrętowych znajdujących się na Porpoise.
— Zgoda, ale czemże ją opalać będziesz? czy tłustością z fok może?