Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/131

Ta strona została skorygowana.


Dlatego też przy stole rozsądny Clawbonny tak kierował i naprowadzał rozmowę, aby nigdy nie zadrasnąć niczyjej miłości własnej; zmuszało go to do ciągłej baczności. Uczył, zabawiał, rozrywał swych towarzyszy; jeśli nie robił notat podróżnych, to głośno opowiadał coś z historyi, geografii, lub meteorologii, stosownie do potrzeby i chwilowych okoliczności. Rzecz przedstawiał zazwyczaj w sposób żartobliwy i filozoficzny, wyciągając pożytek z drobnych nawet okoliczności; bystra i szczęśliwa pamięć była dlań niewyczerpanem źródłem materyału do rozpraw, które zwykł był ożywiać i popierać silnemi, niezaprzeczonemi argumentami.
Słowem śmiało powiedzieć można, że zacny doktór był duszą tego niewielkiego towarzystwa, duszą, od której wiały czyste uczucia szczeroty i sprawiedliwości. Wszyscy też mieli w nim nieograniczone zaufanie, i sam nawet Hatteras ulegał mu przez przyjaźń i życzliwość; a przytem doktór mówił i robił wszystko z taką swobodą, z pewnością siebie, że ci ludzie znajdujący się w odległości sześciu tylko stopni od bieguna, uważali swe istnienie obecne za zupełnie prawidłowe. Gdy doktór mówił, słuchano go jakby rozprawiał w swym gabinecie w Liwerpoolu.