Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/151

Ta strona została skorygowana.


stani Wiktorya. Latarnię uprzątnięto, gdyż w tej chwili nie przynosiła żadnego użytku, a mogłaby tylko ściągnąć uwagę niedźwiedzi. Wszyscy z kolei odbywali straż na wyższem płaskowzgórzu.
I znowu trzeba było znosić przykrą nudotę mimowolnej bezczynności, ale była to konieczność nieunikniona. Ani myśleć było o przyjęciu tak nierównej i niebezpiecznej walki, w której życie każdego musiałoby na niebezpieczeństwo być wystawione. Nie widząc ich, mogły niedźwiedzie zostać zbite z tropu, a gdyby się zjawiały pojedyńczo, można było je zwalczać z nadzieją powodzenia.
Przykrą czynność słodziło czuwanie. Nikt nie żałował że się ma mieć na baczności.
Przez cały dzień 28-go kwietnia, nieprzyjaciel niczem nie dał znać o swem istnieniu. Nazajutrz rano, oglądano ciekawie miejsca w których tropy dnia poprzedzającego były zatarte, i z wielkiem zadziwieniem dostrzeżono, iż śnieg nie przedstawia żadnego śladu.
— Wybornie! zawołał Altamont, omaniliśmy niedźwiedzi! nie miały wytrwałości, znudziło im się czekać i nie dotrzymały placu. Szczęśliwej podróży! a my ruszajmy na polowanie.