Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/152

Ta strona została skorygowana.


— O! powiedział doktór, nie trzeba znowu tak bardzo ufać; dla zupełnego bezpieczeństwa, proszę was jeszcze o jeden dzień czuwania, jakkolwiek widocznem jest, że nieprzyjaciel nie był dzisiejszej nocy, a przynajmniej od tej tu strony.
— Obejdźmy wokoło Szaniec, a będziemy wiedzieli czego się trzymać.
— Bardzo chętnie, rzekł doktór.
Lecz napróżno przeszukano całą przestrzeń na promieniu dwumilowym, nigdzie nie napotkano najmniejszego śladu.
— A cóż, pójdziemy na polowanie? pytał niecierpliwy Amerykanin.
— Poczekajmy do jutra, powtarzał doktór.
— Niechże więc będzie do jutra, odrzekł niezupełnie zadowolony Altamont.
Powrócono do Szańca Opatrzności; jednakże tak jak i dnia poprzedzającego, z kolei każdy godzinę musiał stać na straży.
Gdy przyszła kolej na Altamonta który zastąpił Bena, Hatteras zwołał do siebie swych towarzyszy, którzy pewni byli, że pragnie pomówić z niemi o niebezpieczeństwie obecnego położenia; lecz on nie o tem myślał.
— Moi przyjaciele, rzekł, korzystajmy z nieobecności tego Amerykanina, aby pomówić o na-