Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/171

Ta strona została skorygowana.


I rzeczywiście byłto doktór, który własnym ciężarem porwany, runął na środek izby.
— Jak się macie przyjaciele? zawołał podnosząc się raźno.
Przyjaciele byli zdziwieni, ale po zdziwieniu nastała radość; każdy spieszył uścisnąć zacnego człowieka. Hatteras wzruszony, dłużej niż wszyscy trzymał go w swem objęciu. Doktór odpowiedział mu szczerym, serdecznym uściskiem dłoni.
— Więc to naprawdę ty jesteś panie Clawbonny! mówił stary Johnson.
— Ja sam mój poczciwcze, więcej się o was troszczyłem, niż wy o mnie myśleć zdołaliście.
— Lecz z kądże mogłeś wiedzieć, że jesteśmy napastowani przez stado niedźwiedzi? zapytał AItamont; my się najbardziej obawialiśmy tego, abyś nie wracał do domu nie wiedząc o niczem.
— Oh! widziałem ja wszystko co się dzieje, odrzekł Clawbonny; ostrzegły mnie wasze strzały. Zajęty byłem wówczas oglądaniem szczątków twego, panie Altamont, okrętu; posłyszawszy huk broni, wdrapałem się na pagórek i widziałem jak was pięciu niedźwiedzi ścigało. Drzałem o was moi drodzy, lecz nareszcie ochłonąłem nieco, widząc żeście się zsunęli do domu, a zwierzęta się zawahały. Pojąłem, że mieliście czas do zabary-