Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/175

Ta strona została skorygowana.


— Lecz nareszcie co robić zamyślasz? pytał Amerykanin.
— Mam zamiar, odpowiedział doktór, wysadzić wszystkich naszych niedźwiedzi w powietrze, razem ze stoma funtami prochu.
Wszyscy z podziwieniem spojrzeli na doktora.
— Ale zkąd dostać tyle prochu!
— Przecież go mamy dosyć w magazynie, a do niego dojdziemy przez tę galeryę, którą umyślnie wyżłobiłem na długość dziesięciu sążni.
— Gdzież myślisz urządzić tę minę? spytał Amerykanin.
— Przy samej spadzistości pagórka, to jest w punkcie najdalszym od naszego mieszkania, od składu żywności i magazynu prochowego.
— Lecz jakże tam sprowadzić niedźwiedzie?
— Biorę to na siebie; teraz weźmy się do dzieła; przez noc musimy przejście przedłużyć jeszcze na pięćdziesiąt łokci. Robota to utrudzająca; ale podołamy jej w pięciu, luzując się kolejno. Bell niechaj zaczyna, a my tymczasem idźmy na spoczynek.
— Doprawdy, zawołał Johnson, im więcej się zastanawiam, tem praktyczniejszym wydaje mi się projekt pana Clawbonny.
— Udać się musi, powiedział doktór.