Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/177

Ta strona została skorygowana.


i nagle rozrzucać poczęły nagromadzone przez się stosy lodu.
— Wybornie rzekł doktór, do stojącego przy sobie kapitana.
— Co one robią? zapytał tenże.
— Zdaje mi się, że chcą zniszczyć swą poprzednią robotę i szturmem do nas się dostać; lecz same wprzód zniszczone zostaną. W każdym jednak razie, nie mamy czasu do stracenia.
Doktór wsunął się szybko do miejsca, w którem mina miała być zasadzoną, kazał rozszerzyć przestrzeń na całą szerokość i wysokość pochyłości, tak że w górnej części pozostała już tylko cienka skorupa lodowa, na stopę zaledwie gruba, którą podeprzeć było potrzeba, z obawy ażeby się nie zawaliła.
Słupek mocno oparty o granit podłogi, służył za podporę; na wierzchołku jej umieszczono lisa zabitego, a u podstawy przywiązano długi sznur, przez całą galeryę ciągnący się aż do magazynu prochowego.
Towarzysze doktora spełniali jego rozkazy, nie rozumiejąc ich znaczenia.
— Oto wyborna przynęta, rzekł wskazując na lisa.