Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/181

Ta strona została skorygowana.


— Teraz rzekł do swych towarzyszy, przygotujcie broń, na przypadek, gdyby niedźwiedzie nie zostały od razu zabite; stańcie przy Johnsonie, i natychmiast po wybuchu wybiegnijcie na zewnątrz.
— Dobrze, odpowiedział Amerykanin.
— No, zrobiliśmy wszystko co człowiek uczynić może dla swego ocalenia, niechajże nam dalej niebo pomaga.
Hatteras, Bell i Altamont, poszli do magazynu prochowego; doktór pozostał sam.. i wkrótce zdaleka doszedł do niego głos Johnsona wołającego:
— Baczność!
— Czuwam, odkrzyknął doktór.
Johnson pociągnął silnie za linę i zaraz poskoczył do otworu, aby widzieć co się dzieje.
Niedźwiedzie spostrzegłszy ciało lisa nad złamami oberwanego z pochyłości lodu, zdziwione zrazu, wkrótce gromadą rzuciły się na niespodziewaną zdobycz.
— Ognia! krzyknął Johnson.
Doktór wywołał prąd pomiędzy drutami; nastąpił straszny wybuch, od którego zadrżał dom jak przy trzęsieniu ziemi i ściany popękały. Hatteras, Bell i Altamont, wyskoczyli z magazynu prochowego z gotową do strzału bronią.