Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/213

Ta strona została skorygowana.


dziwieniem dostrzegł on pewien gatunek szczawiu, dziko pomiędzy oschłemi już kamieniami rosnący, i podziwiał siłę twórczą natury, potrzebującej tak mało by się objawić. Rzerzucha zasiana przez niego, po upływie trzech tygodni, miała już listki blisko na cal długie.
Wrzosy także niedługo poczęły już wychylać bojaźliwe swe kwiatki blado różowe. W ogóle jednak flora Nowej Ameryki nader była słabą, jakkolwiek i ta wegetacya bardzo rozweselała oko biednych rozbitków. Na więcej nie mogły się zdobyć słabe promienie słońca, ostatni dar Opatrzności, która nie zapomniała o tych krainach oddalonych.
W końcu naprawdę zaczęło być ciepło; dnia 15-go czerwca termometr wskazywał czternaście stopni nad zero (Celsiusza); doktór zaledwie oczom swoim mógł wierzyć. Kraj całkiem nową przybierał postać; niezliczone kaskady spadały z licznych wierzchołków gór i wyniosłości, ogrzanych ciepłem promieni słonecznych; lody się rozchodziły; ważna kwestya morza zupełnie oczyszczonego wkrótce się miała rozstrzygnąć. Powietrze napełniał łoskot zsuwających się z wyżyn śnieżyc, i ogłuszający trzask łamiących się lodów.