Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/221

Ta strona została uwierzytelniona.


— Poco strzelać do tych którzy dopominają się od nas pieszczot? ich śmierć mało nam przyniesie korzyści.
— Masz słuszność doktorze, powiedział Hatteras, darujmy im życie.
— Czy i tym kuropatwom lecącym do nas? zawołał Altamont, — i tym czaplom, poważnie na wysokich nogach postępującym?
Całe stada pierzatych stworzeń zbliżały się do myśliwych, nie podejrzywając nawet niebezpieczeństwa, które doktór od nich odwrócił. Duk nawet się powściągnął i podziwiał.
Ciekawy to był i rozrzewniający widok, jak zwierzęta i ptaki zbliżały się do ludzi bez bojaźni, z wesołością w podskokach, siadały na ramionach zacnego Clawbonny, kładły się u nóg jego dla odebrania pieszczot. Zdawały się czynić co mogły, aby jak najlepiej przyjąć nieznanych gości. Ptaki wydawały radosne okrzyki, przywołując inne, które przybywały z różnych stron jaru. Doktór wyglądał wśród nich, jak czarnoksiężnik.
Posuwając się dalej wzdłuż wilgotnych brzegów strumienia, i otoczeni rojem stworzeń jakby już przyswojonych, podróżni napotkali niewielkie stado reniferów, gryzących mech wydobywający się z pod śniegu. Wdzięczne te i spokojne zwierzęta,