Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/232

Ta strona została skorygowana.


Zacny doktór ściskał pojednanych nieprzyjaciół, a dwaj nowi przyjaciele czuli się jeszcze więcej zjednoczeni we wspólnej dla nich przyjaźni doktora. Clawbonny nie mógł się powściągnąć, żeby nie narzekać na próżność współubiegania się narodów, żeby nie zalecać jedności i zgody niezbędnej dla opuszczonych i dalekich od rodzinnego kraju. Jego łzy, słowa, uściski, wszystko to tryskało z głębi jego zacnego serca.
Nareszcie, uściskawszy Hatterasa i Altamonta po dwudziesty już raz może, doktór się nieco uspokoił.
— A teraz, rzekł, do roboty! Nie zdałem się na nic jako myśliwy, to niechże inne moje talenta zostaną spożytkowane.
I zaczął oprawiać wołu, nazywając go „wołem zgody“ a sprawiał się zręcznie, jakby jaki biegły chirurg przy kunsztownej amputacyi.
Dwaj jego towarzysze uśmiechali się patrząc na tę jego robotę. Wkrótce biegły operator odłączył od reszty z jakie sto funtów mięsa najlepszego, rozdzielił je na trzy części, po jednej dla każdego, i ruszono z powrotem do Szańca Boskiej Opatrzności.
O dziesiątej wieczorem myśliwcy powrocili do Domku Doktora, gdzie już ich czekała wyborna