Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/241

Ta strona została skorygowana.


pierwszy zwrócił się do swych towarzyszy, i wkrótce cały ten psi ród tworzył przyjacielską gromadkę. Doktór głaskał nieraz Grenlandczyków, a Duk bez zazdrości patrzył na te pieszczoty.
Ludzie niemniej dobrze się mieli jak zwierzęta; jeśli po tych ostatnich można się było spodziewać, że tęgo ciągnąć będą, to pierwsi dzielnie mogli nóg swoich używać w zamierzonej podróży.
Przy pięknej pogodzie, wyruszono o szóstej godzinie z rana. Po obejściu przystani Wiktorya, gdy mijali przylądek Waszyngtona, Hatteras wskazał najprostszą drogę na północ wiodącą; w godzinę potem, podróżni stracili już z oczu najwynioślejsze nawet punkta Szańca Opatrzności.
Podróż zaczynała się dobrze, a nadewszystko lepiej daleko, aniżeli owa wyprawa wśród najtęższej zimy przedsięwzięta w celu szukania węgla. Naówczas Hatteras pozostawiał okręt z osadą zbuntowaną i zrozpaczoną, nie będąc zupełnie pewnym celu, do którego dążył; ludzie których zostawiał, umierali prawie z zimna, a ci co z nim szli, znękani byli w ostrym klimacie północy; on sam, człowiek za jakąbądź cenę dążący ku północy, mimowolnie wracał na południe! Jakaż różnica z obecną chwilą! wśród przyjaciół dzielnych