Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/243

Ta strona została skorygowana.


linię, długą na trzysta pięćdziesiąt mil, od Szańca Opatrzności do bieguna.
Podróż szła bardzo pomyślnie: na wyniosłych płaszczyznach dostateczna ilość śniegu, dozwalała saniom, których płozy siarką zostały natarte, sunąć z łatwością; ludzie także stąpali bardzo wygodnie, mając nogi zabezpieczone obuwiem odpowiedniem.
Termometr wskazywał trzy stopnie wyżej zera. Pogoda wprawdzie nie ustaliła się jeszcze, bo raz niebo czyste było, to znowu gęstemi osłonięte chmurami; lecz ani mróz, ani zawieje nie byłyby wstrzymały w podróży ludzi, którzy postanowili koniecznie posuwać się naprzód.
Drogę łatwo było oznaczać przy pomocy kompasu, na którym w miarę oddalania się od bieguna magnetycznego, igiełka żwawiej i wyraźniej się poruszała, choć zwracała się zawsze ku punktowi magnetycznemu, a przeto idącym na północ wskazywała, że tak powiemy, południe. Odwrotne to wskazywanie północy, nie mogło bynajmniej wpływać na wybór kierunku drogi.
Zresztą doktór obmyślił bardzo prosty sposób niezboczenia z drogi, nawet bez ustawicznego uciekania się do busoli. W czasie pogodnym, podróżni upatrzyli sobie jakiś wydatny punkt, leżący