Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/248

Ta strona została skorygowana.


tem doktór, podziwiał go. Mięso ubitego zwierza dało spory zapas świeżego pożywienia, co prawdę powiedziawszy, było zawsze dla podróżnych nader pożądanem. Doktór sam nawet często mawiał:
— Nie żałujmy sobie; dobra uczta jest rzeczą bardzo ważną pod biegunem.
— Tem więcej, dodawał Johnson, gdy ona zależy od mniej lub więcej trafnego strzału.
— Masz słuszność mój stary przyjacielu, odpowiadał doktór, bo w rzeczy samej, nie z takiem upragnieniem myśli się o jedzeniu gdy się jest przekonanym, że kuchnia napewno codzień ma co gotować.
Następnego dnia, wbrew oczekiwaniu zmienił się widok okolicy; tu i owdzie ukazywały się nierówności, powstałe jakby wskutek wybuchów i wstrząśnień wulkanicznych. Wzgórza, ostre szczyty, dochodziły niekiedy do znacznej wysokości. Powstał dość gwałtowny wiatr południowo-wschodni, który wkrótce zamienił się w huragan prawdziwy. Przedzierał się pomiędzy skałami uwieńczonemi śniegiem, między górami lodem pokrytemi, które tu, na stałym lądzie, miewały kształty gór lodowych przez ocean wytworzonych. Doktór, który wszystko umiał wytłómaczyć, tej okoliczności wytłómaczyć nie mógł.