Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/271

Ta strona została skorygowana.


brzymich. Ogłuszające ich krzyki wciąż napełniały powietrze. W obec takiego chaosu, doktór zmalał ze swemi wiadomościami z historyi naturalnej; z nazwiska nawet nie znał wielu gatunków, i ze zdziwieniem schylał głowę, gdy ta czereda skrzydlata rozbijała warstwy powietrza z siłą niewypowiedzianą.
Niektóre z tych olbrzymów powietrznych miały skrzydła na dwadzieścia stóp długie, tak że w przelocie okrywały sobą szalupę, a pomiędzy niemi były całe legijony takich ptaków, których nomenklatura nigdy nie ukazała się dotąd w „Index Ornithologus“ wydawanym w Londynie.
Doktór z pomocą nauki nie umiał sobie poradzić z tą mięszaniną pierzastą i skrzydlatą; gdy zaś wzrok zwrócił na powierzchnię tego morza tak spokojnego, twory królestwa zwierzęcego nie mniejsze na nim sprawiły wrażenie. Widział naprzykład meduzy, których szerokość do trzydziestu stóp dochodziła; służyły one za zwykły pokarm całej powietrznej czeredy, pływając jak wyspy po powierzchni morza, wśród olbrzymich porostów wodnych. Jakaż to dziwna sprzeczność z temi meduzami mikroskopijnej małości, które Scoresby obserwował na morzach Grenlandzkich i liczbę których, na przestrzeni dwóch mil kwadra-