Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/273

Ta strona została skorygowana.


drzy wysokie słupy wody i klejowatej materyi, napełniając powietrze właściwem gwizdaniem. Ciężkie, leniwe wieloryby białe, poważnie połykały również spokojne i ospałe mięczaki. Najrozmaitsze gatunki fok, psów, koni, niedźwiedzi, lwów i słoni morskich staczały ze sobą w głębinie walki nieustanne, tak, że nieraz powierzchnia wód czerwieniła się od krwi szeroko. Doktór podziwiał te wszystkie cuda, jakby w przezroczystej sadzawce jakiego ogrodu zoologicznego.
Ileż powabu, rozmaitości i potęgi w naturze! Jak wszystko wydawało się dziwne, czarodziejskie w tych okolicach podbiegunowych!
Atmosfera nadzwyczajnie czysta, zdawała się być przeciążoną tlenem; żeglarze z rozkoszą wdychali w siebie to świeże powietrze, jakby wciągając nowe zapasy sił żywotnych. Niewiedząc o niczem, trawili się ogniem wewnętrznym; spełniali z nadludzką energiją wszelkie czynności organizmu, jak trawienie, oddychanie, wrzenie namiętnościami. Myśli rozbudzone w ich mózgach, prawdziwie wielkie były; w ciągu jednej godziny przeżywali oni dobę całą.
Szalupa tymczasem posuwała się spokojnie, popychana siłą wiatru umiarkowanego, silnie tylko