Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/274

Ta strona została skorygowana.


niekiedy poruszanego skrzydłami ogromnych albatrosów (żaglościg).
Wieczorem dopiero, Hatteras i jego towarzysze utracili z oczu wybrzeża Nowej Ameryki. Pora nocna przychodzi tak dobrze dla stref umiarkowanych, jak i dla okolic równonocnych; ale tutaj słońce toczyło się równolegle do powierzchni oceanu, po coraz szerszej linii spiralnej. Szalupa kąpiąc się w promieniach, niewychodziła z posuwającego się z nią razem kręgu świetlanego. Jednakże wszystkie stworzenia strefy północnej przeczuwały nadejście wieczoru; ptaki i ryby znikły nagle z horyzontu. Lecz gdzie? Czy w niedojrzanych przestrzeniach powietrznych? Czy w niedoścignionej głębinie morza? Nikt niepotrafił odgadnąć! Ale umilkły wszystkie głosy, uspokoiły się fale poruszane bezustannym ruchem; pod błyszczącym okiem słońca noc nie straciła kojącego swego wyływu.
Od chwili opuszczenia portu Altamonta, szalupa posunęła się o cały jeden stopień na północ; nazajutrz nie ukazywały się jeszcze ani wysokie wierzchołki gór, zdaleka zwiastujące ziemię, ani żaden ze znaków, po których wprawny żeglarz rozpoznaje blizkość wysp lub lądów.
Wiatr przyjazny, choć niebardzo silny, stale się