Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/280

Ta strona została skorygowana.


bie i rozmyślał o tej nieznanej ziemi podbiegunowej. Zwierzęta zdawały się uciekać od niej: wieczorną porą, ptaki zamiast szukać na niej przytułku, z szybkością nadzwyczajną ulatywały na południe. Byłże więc ten ląd tak pustym i niegościnnym, że mewa i kuropatwa schronienia na nim znaleźć nie mogły? W przezroczystej wodzie widzieć także było można, jak ogromne wieloryby uchodziły na pełne morze. Zkądże pochodziło to uczucie watrętu, jeśli nie z obawy, jakiej doznają wszystkie istoty żyjące, które zwiedzają tę część kuli ziemskiej?
I podróżni nasi ulegli ogólnemu wrażeniu; każdy myślał o położeniu obecnem i nieznacznie uczuwał sen ciążący na swych powiekach.
Na Hatterasa straż przypadała; siadł on przy sterze, a doktór, Altamont, Bell i Johnson położywszy się tymczasem na ławkach, usnęli jeden po drugim i wkrótce pogrążyli się w świat marzeń.
Hatteras usiłował czuwać, nie chcąc stracić ani jednej chwili; lecz powolny ruch szalupy ukołysał go pomału nieprzepartą sennością.
Statek tymczasem posuwał się bardzo wolno; wiatr nie wydymał jego obwisłych żagli. W dali na zachodzie widzieć było można kilka nieruchomych brył lodu odbijających na sobie promienie sło-