Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/288

Ta strona została skorygowana.


— Niedźwiedzie! niedźwiedzie! wołał Bell przytłumionym z przerażenia głosem.
Płynąca bryła lodu wykonywała zwroty przerażające; niekiedy tak się pochylała, że zwierzęta staczały się jedne na drugie i wtedy wydawały odgłosy walczące siłą z łoskotem burzy. Okropnym był koncert tej menażeryi pływającej!
Niech by się wywrócił ten prom lodowy, a pewnie niedźwiedzie rzuciłyby się ku szalupie żeby się na nią dostać.
Przez kwadrans może, który się jednak wiekiem zdawał, szalupa płynęła równo z bryłą lodu, raz oddalona od niej na jakie dwadzieścia sążni, to znowu tak blisko, że prawie się o nią ocierała. Psy Grenlandzkie drżały z przestrachu; Duk stał nieporuszony.
Hatteras i towarzysze jego milczeli jak niemi; nikt nie pomyślał o odsunięciu się od tak niebezpiecznego sąsiedztwa, wszystkim głównie szło o niezboczenie z drogi.
Umysły ich opanowało dziwne jakieś uczucie zadziwienia raczej, aniżeli przestrachu; przerażający ów widok uzupełniała niejako walka żywiołów.
Nareszcie góra lodowa oddalać się powoli zaczęła odpychana wiatrem, któremu opierała się ożaglowana szalupa; zniknęła wreszcie pośród