Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/320

Ta strona została uwierzytelniona.


Anglii kopiję protokółu świadczącego o naszem odkryciu.....
— Jednakże kapitanie....
— Niema o czem mówić! zakończył Hatteras tonem stanowczym, a jeśli prośba przyjaciela nie pomoże, to rozkazuję jako kapitan.
Doktór nie chciał dłużej nalegać i w chwilę potem, podróżni z Dukiem na czele ruszyli w pochód.
Niebo jaśniało pogodą; termometr wskazywał jedenaście stopni ciepła. Atmosfera przepełniona była właściwą tej szerokości geograficznej światłością. Pochód rozpoczął się o osmej godzinie rano.
Hatteras z dzielnym psem swoim wysunął się naprzód; Bell, Altamont, doktór i Johnson tuż za nim podążali.
— Lękam się czegoś, powiedział Johnson.
— Niema obawy, odpowiedział doktór, wszyscy tu przecież jesteśmy.
Wysepka na której się znajdowano widocznie nosiła na sobie cechy świeżej formacyi, a wulkan jej także niedawno powstał.
Skały najeżone jedna na drugiej, utrzymywały się tylko cudem równowagi. Cała góra, prawdę powiedziawszy, była nie czem innem, jak nagromadzoną dużą kupą kamieni, opadłych po wy-